Skoro dziś czwartek, to jadę do studia
Ponad dwa miesiące temu zadzwonił telefon, nieznany numer i głos w słuchawce, który zaprosił mnie na próbę kamerową do TVN Warszawa (dziękuję A. za polecenie). Od tego czasu raz w tygodniu, w czwartki między godziną 18:30 a 20:30, przez parę minut opowiadam o tym co i gdzie można zjeść w Warszawie. Mówiłam już o szparagach i truskawkach (jakie i gdzie kupować, które restauracje mają je w menu), o kuchni Kaukazu i ciekawych napojach orzeźwiających, które podają warszawskie knajpki. Link do mojej wypowiedzi o sałatkach znalazła M. na blogu Restaurantica.pl.
Nie wiem jak długo to jeszcze potrwa, ale póki co, to bardzo ciekawe doświadczenie. Przygotowanie 3-4 minutowej rozmowy zaczynam zwykle dwa dni wcześniej. Przeszukuję literaturę w domu (np. pod kątem odmian truskawek i tego które nadają się na przetwory, a które do deserów), jadę na bazarek, idę do którejś z restauracji, żeby spróbować dania pasującego do aktualnego tematu. Przeglądam opinie lokale i na Gastronautach, robię notatki, a w końcu wysyłam konspekt do redakcji. Kiedy wchodzimy na wizję okazuje się, że 4 minuty to tyle co nic i udaje mi się powiedzieć zaledwie ułamek tego co przygotowałam. Zaraz wchodzi następny gość, następny temat. Show must go on.
ps. spodobało mi się, że raz tygodniu ktoś robi mi profesjonalny make-up :)
Sri Lanka – byłam, wspominam, polecam
Równo rok temu wróciłam z wakacji na Sri Lance. Wybór tego kraju nie był wynikiem długiego planowania, rozważania za i przeciw czy też spełnieniem marzeń. Spędziłyśmy z M. parę godziny przeglądając oferty biur podróży, porównując ceny, prognozy pogody i dość szybko zdecydowałyśmy się na Cejlon. Dźwięczna nazwa kraju i myśl o plantacjach herbaty były dla mnie dodatkowymi wabikami.
Po roku od powrotu mogę powiedzieć, że były to jedne z najprzyjemniejszych wakacji na jakich byłam. Jeśli ktoś, tak jak ja, naoglądał się filmów o kolonialnych Indiach, ale wie, że Indie to nie jest dla turysty bułka z masłem, marzy o wściekle zielonym krajobrazie, widoku kobiet w sari, uśmiechniętych przechodniach, egzotycznych owocach i odpoczynku na piaszczystych plażach, to Sri Lanka jest dla niego.
Mam za sobą sporo wymagających kondycyjnie i psychicznie podróży, jak np. objazd Tanzanii w pojedynkę, ale teraz, kiedy dobijam do grupy wiekowej 35+ robię się wygodna i wygodnicka. Chcę więcej przyjemności, a mniej ‘wyzwań’. Jeśli z Wami jest podobnie, jedźcie na zachodnie wybrzeże Sri Lanki i odpoczywajcie.
Więcej zdjęć: Sri Lanka @Flickr
ps. W ubiegłym roku istniało jeszcze niewielkie zagrożenie atakami terrorystycznymi w Colombo i na wschodnim wybrzeżu. W połowie maja tego roku zakończyła się trwająca 26 lat wojna domowa, Tamilskie Tygrysy złożyły broń.
ps 2. na wybrzeżu polecam hotele Tangerine i Royal Palms, a w Nuwara Eliya – Tea Trails (to dawne bungalowy managerów plantacji, odrestaurowane i należące obecnie do Dilmah)
Przemytnik polskich produktów spożywczych
Być może innym razem nie zwróciłabym uwagi na to sformułowanie. Ale teraz, świeżo po powrocie z Londynu, gdzie powiedzenie “dobre, bo brytyjskie” nie schodzi ludziom z ust, po prostu nie mogłam tego nie zauważyć.
“Przemycać” w daniach można fetę z Mlekovity albo ” tę oryginalną, duńską” (jak zachwalała mi ją kiedyś pani sprzedawczyni w Bomi). Można “przemycać” mięso dobijające do daty przydatności i tanie wino w boeuf bourguignon, ale – na Boga! – nie polską gęś czy kaczkę, polski twaróg, czy marchewkę! Je należy promować, wynosić na piedestał, chwalić się nimi i wbijać w nie narodową flagę jak Amerykanie na Księżycu. Albo owijać flagą jak Brytyjczycy szparagi. Nie inaczej.

Brytyjskie szparagi, Borough Market, Londyn
Jeśli nie za rok, to może za pół?
@Restaurantica, Brocha: do następnego wydania Taste w Londynie został na szczęście nie rok, a 5 jedynie miesięcy. Lista wystawców Taste of Christmas jest już gotowa i do obejrzenia na oficjalnej stronie. Minusem może być jedynie to, że na ToC wystawia się mniej restauracji niż podczas letniej edycji. Jest za to więcej producentów delikatesowych produktów i pokazy gotowania Ramsaya.
To jest myśl, żeby zorganizować grupę na taki wyjazd. Pogadam z fachowcami od wyjazdów, których mam na myśli… Możecie zgłaszać bardzo wstępne i niezobowiązujące deklaracje.
Na zaostrzenie apetytu film:
Sobota bardzo pracująca
Zgodnie z planem wczoraj znów pojechałam na Borough Market. Było znacznie więcej klientów niż w czwartek, ale też więcej straganów – przyjechali producenci ekologicznych mięs, warzyw, było więcej serów i wypieków. Sprzedawcy krzyczeli głośniej i przeciągając samogłoski nawoływali “Don’t be shyyyy, come and buuuuy”. O 13 musiałam już być na lunchu w Brasserie Max w Covent Garden Hotel, a na 15 dotrzeć na wywiad z Michelem Roux seniorem w Regents Park. Zdążyłam cudem, bo w centrum Londynu odbywały się tamilskie demonstracje, więc kiedy autobus utknął na Oxford Street, musiałam biec do najbliższej przecznicy, wziąć taksówkę i znów biec, ale na mecie byłam na czas! Aż mnie korci, żeby Wam opowiedzieć co Mówił Michel Roux senior, bo mówił niezwykle ciekawie, w tym o Polsce!, ale nie mogę – dam znać jak wywiad ukaże się drukiem. Popołudnie to znów Taste of London (2 nowe zdjęcia na manna.pl), krótka rozmowa z Brianem Hughsonem z The Dorchester Grill, próbowanie walijskich krabów i deser z limoncello od Giorgia Locatellego (nie przepadam za jego programami, a na żywo też mnie nie przekonał; był chyba najmniej otwartym i życzliwie nastawionym do gości szefem kuchni). Oczywiście nie było szans, żebym zdążyła zgłodnieć, ale służba nie drużba – wieczorem kolacja z A. w St. John przy St. John Street. Jeśli dziś zjem śniadanie, to tylko z poczucia obowiązku… oj chyba jednak poprzestanę tylko na herbacie, bo na ostatni w Londynie obiad idę do Veeraswamy, najstarszej restauracji indyjskiej w Londynie.

Taste of London - po lewej wejście dla publiczności, po prawej dla prasy, vipów i tych, którzy zapłacili za to, żeby nie stać w kolejce. Bilety na sobotę zostały całkowicie wyprzedane już w czwartek.

Restauracja St John, St. John Street, Londyn
Jedzcie i pijcie wszyscy
Taste of London przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Ta impreza nie wygrywa może liczbą wystawców (choć są ich setki, to wszelkie branżowe targi spożywcze są znacznie większe), powierzchnią i liczbą zwiedzających, ale z pewnością wygrywa niesamowitą atmosferą. Wielka radość i wielka kuchnia. Tysiące ludzi cieszą jak dzieci, że mogą za symboliczne korony – to nazwa festiwalowej waluty – spróbować w ciągu kilku godzin dań z restauracji, do których nie chodzi się na co dzień. Na zielonej trawce hamburgera z foie gras podaje Joel Robuchon, a bisque z homara z armaniakiem Michel Roux junior z Le Gavroche. Gary Rhodes pozuje do zdjęć z całymi rodzinami, a chwilę poźniej robi pokaz gotowania. Do każdego można podejść, porozmawiać, poprosić o autograf na książce, więc te ostatnie też idą tu jak woda.

Nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji... i nic nie zapowiada tego co dzieje się w środku

Taste of London - główne skrzyżowanie

Po króciutkim wywiadzie nie odmówiłam sobie fotki z Garym Rhodesem.
Pełnowymiarowy wywiad z GR zrobił Tomek Woźniak, dam Wam znać jak się ukaże.

Michel Roux junior - as seen on a poster :)

Przykładowe festiwalowe menu restauracji Bumbpkin -> Manna.pl, a tutaj arroz negro z FINO.
Borough Market czyli najlepszy targ w okolicy
Wrzucam tylko parę zdjęć, spieszno mi na miasto. Wczoraj pół dnia spędziłam na Borough Market. To podobno najlepszy targ z jedzeniem w Londynie. Obeszłam go dobrych parę razy, a w sobotę rano zamierzam znów tam pojechać, bo jeszcze nie ogarniam tych setek brytyjskich serów, rodzajów cydru, soków jabłkowych z lokalnych odmian, nowych dla mnie gatunków owoców morza i ryb z najlepszych łowisk. Borough Market ma niesamowitą energię, łatwo się w nim zatracić, a trudno wybrać coś do zjedzenia, a wszystkiego spróbować się nie da…

Borough Market, Londyn

Neal's Yard Dairy sprzedaje wyłącznie brytyjskie sery, a są ich setki

A może cydru? New Forest Cider, Borough Market, Londyn
Wiedziałam, że to koniec zwiedzania, jak zabrałam się za próbowanie fudge’ów (@Manna.pl).
“Bo na blogach są brzydkie zdjęcia jedzenia…” i deser dla Królowej
Coś w tym jest. Nie wszystkie zdjęcia dań robione w restauracjach podręcznymi aparacikami, przy słabym świetle i niepewną ręką (‘czy na pewno wypada?’) wyglądają tak jak te tutaj. Mimo iż w Le Bernardin panuje lekki półmrok nawet w samo południe, a atmosfera jest teatralna i robienie zdjęć wydaje się być trochę nie na miejscu, to Głodnemu Hedoniście udało się zrobić całkiem niezłe fotki. Czasem zdjęcia dań nad których zaprojektowaniem, a potem wykonaniem pracuje sztab ludzi wyglądają znacznie gorzej.
Dlatego z żalem, ale podporządkowałam się życzeniu Marcusa Wareinga, aby nie fotografować dań w jego restauracji w hotelu the Berkeley. Nigdy dotąd nie spotkałam się z taką prośbą, a wy?

Na niezrobionych zdjęciach byłyby: makrela z Dorset z szafranowym musem z bakłażanów, papryką confit i linijką z cukru posypaną proszkiem z suszonych pomidorów i czarnych oliwek; pierś z kurczaka z Cotswold z fasolą borlotti, pieczonymi białymi szparagami i cebulą (grelot onion) oraz absolutnie genialna, zaskakująca i lekko perwersyjna tarta z pieczonym kremem custard z gałką muszkatołową, podana z quenelle z lodów śmietankowo-truskawkowych i z galaretką truskawkową z miętą. Ta właśnie tarta dała Marcusowi Wareingowi zwycięstwo w konkursie Great British Menu 2006 w kategorii deser na osiemdziesiąte urodziny Królowej Anglii.
Poniżej możecie zobaczyć autora dania w akcji:
Po lunchu zrobiłam sobie spacer po Belgravii, o 16.00 tej przyszedł czas na wymarzoną herbatkę Pret-a-Portea w Caramel Room.

Tym razem zrobiłam parę zdjęć jedzenia, na razie jedno jest tu.
Najważniejszym wydarzeniem był jednak sam wywiad z Marcusem Wareingiem. To była bardzo ciekawa rozmowa o współczesnej kuchni brytyjskiej i o drodze do gwiazdek Michelin. Wareing w osobistym kontakcie jest bardzo bezpośredni, energiczny, konkretny. A miodu gryczanego spróbuje chyba po raz pierwszy w życiu.
cdn…
Wielki apetyt na Londyn
Mniej więcej od miesiąca jestem myślami w Londynie, a od jutra do niedzieli będę tam całą sobą. W czwartek rozpoczyna się festiwal Taste of London, do którego entuzjazmem zaraził mnie Tomek Woźniak (dzięki!), a na który jadę dzięki uprzejmości www.VisitBritain.pl (thank you).
W planie mam zweryfikowanie paru spożywczych stereotypów a propos Wielkiej Brytfanii, a na podstawie researchu jaki dotąd zrobiłam spodziewam się, że stereotypy te runą i to z hukiem. Dodam, że nie wybieram się ani do Jamiego Olivera, ani do Gordona Ramsaya.
Na wyjazdach lubię słuchać lokalnej muzyki, więc na iPhona zrzuciłam Siouxsie and the Banshees, Kate Bush, Malcolma McLarena (płyta PARIS, ale zawsze…) i Beatlesów :) W prezencie dla rozmówców zabieram polski miód gryczany, bo w Anglii się skończył “Sorry, this item is out of stock”
Bye!


